[dt_slideshow width=”1200″ height=”500″ posts=”” /]Hejo,

Od mojego powrotu z Majorki minęła już chwila, dlatego by powspominać, łapcie posta z moimi wrażeniami z pobytu na tej wyspie.

Czy na myśl o Majorce Wy też mieliście pierwsze skojarzenie nieco przaśnego teledysku sprzed lat? 😀 Ja totalnie! I mówiąc szczerze leciałam tam z podejściem „Spoko, mam ładny hotel, będzie basen, morze, drinki z palemką – ODPOCZNĘ! Niczego więcej teraz nie potrzebuję”

Okazało się, że moje myślenie o Majorce jest na maxa stereotypowe i kompletnie nie doceniałam, a tak szczerze nie sprawdzałam co wyspa może ciekawego zaoferować. Jak i dlaczego moje myślenie się zmieniło? Sprawdźcie:

Przede wszystkim – wrócę tam jeszcze raz na 100%, bo ten mały pierwiastek wyspy, który udało mi się zobaczyć totalnie zawładnął moim sercem. Plaże są piękne, ludzie przemili, klimat niemęczący upałami, przyjemny wiatr a wyspa na tyle zróżnicowana, że mając auto nawet na 14 dni (a nie na 1 – tak jak my) byłoby tam co robić cały czas.

A teraz szlakiem Nowaka po Majorce zapraszam Was do relacji foto. Zacznę od Magaluf, czyli miejscowości, w której mieszkałyśmy. Jak się dowiedziałyśmy już na miejscu, zupełnie nie planując – trafiłyśmy do najbardziej imprezowego miasta na wyspie. To miasteczko to istny raj, jeśli ktoś chce się naprawdę zabawić. Pełno tam klubów, również tych dla panów, no i na każdym rogu Brytyjczycy. Jednak, jeśli ktoś tak jak my – chce po prostu odpocząć, też znajdzie tam dla siebie miejsce. Plaże są piękne, też prywatne, wokół pełno miejsc do zjedzenia. Zachodu słońca nad morzem z tej strony wyspy raczej nie zobaczycie, ale za to na jeden wschód udało nam się wstać:

Są również miejsca do zdjęć dla modelek emerytowanych i tych dopiero #gonnabe 😉

Dodam jeszcze, że na ten wyjazd byłam iście perfekcyjnie przygotowana… Otóż nawet moja stylizacja paznokci wskazywała: „Show me your nails, and I’ll tell you your vacay destination” 😉 Skoro Palma de Mallorca, to i musiały być palemki 🙂 Taaaaadaaaaam:

O ten piękny manicure zadbało, jak zawsze Paznokciowe SPA, a kolory użyte do stylizacji to oczywiście Semilac jak na #semiGirl przystało 🙂

Numery kolorów użytych to: Semi Hardi White, 130 Sleeping Beauty, 520 Clear Amarant, 524 Deep Ultramarine, 040 Canary Green oraz 517 Neon Pink.

 

Teraz przejdźmy do roadtripu, który zrobiłyśmy jednego dnia. Wyspa jest dość mała, więc rzeczywiście dystanse nie są zatrważające. My mieszkając po południowo-zachodniej stronie wyspy postanowiłyśmy jechać na tę przeciwną i tam zwiedzić wschodnie wybrzeże. Przepiękne widoki i miejscówki są również na całym północnym wybrzeżu, gdzie tereny są górzyste albo wręcz skaliste. Jednak tam nie pojechałyśmy z braku czasu i …strachu mojej siostry 😉 Jak wspominałam w poście na IG, płynie w nas ta sama krew, a mimo to jesteśmy kompletnie różne. Mnie nie przerażają górskie serpentyny, ale moja kochana siostra na samą myśl o nich <a raczej chyba mnie prowadzącej na nich auto> miała zawroty głowy.

Zatem naszą podróż zaczęłyśmy od starego miasta w Alcudii. Jest tam naprawdę malowniczo. Piękna architektura, wszystko w jednym kolorze cegły. Pełno knajpek, sklepików i hiszpańskiej muzyki..

 

 

Będąc już w Alcudii wstąpiłyśmy również do malowniczego portu:

Następnie wzdłuż zachodniego wybrzeża pojechałyśmy na północ…

…by tam wjechać na szczyt Formentor, na którym znajduje się mega klimatyczna latarnia morska i widok, taki że serio zapiera dech w piersiach. Tutaj zaczyna się najbardziej przerażająca i zarazem zabawna historia z wyjazdu. Otóż, jak już wiecie, moja siostra była przerażona wizją jeżdżenia serpentynami, jednak na tę jedną na Formentor udało mi się ją namówić. Nasze piękne cabrio wypożyczyłyśmy niby w pełni sprawne. No właśnie niby 😉 Otóż, jak to na Hiszpanów przystało im chyba bardziej w głowie siesta niż dokładne badanie swoich aut… Chwilę po tym jak wjechałyśmy na drogę na Formentor, która obrazując Wam jest piekielnie wąska i jeden pas jest w jedną stronę, drugi w przeciwną, a na każdym z nich macie sznurek aut… no właśnie w takiej chwili zapaliła mi się lampka silnika, a auto weszło w tryb awaryjny, przez co wyło i weszło w taką pracę, która ewidentnie wskazywała, że ma już dość, a na pewno nie ma ochoty podjeżdżać kilku ładnych kilometrów pod górę. Dodam, że ze skarpami obok. O ile w życiu raczej należę do tych raczej odważnych, o tyle wtedy naprawdę miałam lekko strach w oczach …którego wiedziałam, że nijak nie mogę pokazać mojej siostrze, bo wtedy będzie już panika na amen 🙂 No i tak sobie jechałyśmy na górę… ledwo zipiąc, ja odmawiając zdrowaśki za to, żeby po pierwsze moja sis nie poznała po mojej minie, że coś jest nie halo. I po drugie, żeby auto nam się nie zatrzymało, bo raczej holowania ze skarpy żaden Hiszpan (jeszcze podczas siesty!), by się nie podjął 🙂 O dziwo wjechałyśmy na górę i widoki, sami zobaczcie, były tego warte…

Ja nawet zdołałam się uśmiechnąć do zdjęcia, mimo że w środku nie było mi do śmiechu 😉

Jednak wracając do mojej historii… Zjeżdżając z góry, a dokładniej prawie będąc już na samym dole, moja sis zajrzała mi za kierownicę chcąc sprawdzić jak tam poziom paliwa. Abstrahując od tego, że przez całą naszą podróż wskaźnik paliwa ani drgnął mimo przejechanych ponad 100 km oraz tankowania w międzyczasie (nie chcę wiedzieć, jak bardzo było namieszane w komputerze tego auta, skoro nawet tak podstawowe lampki miał usunięte), to Ola zauważyła palącą się lampkę silnika… I się zaczęło… 🙂 Na co ja, stoickim spokojem odpowiedziałam jej, że nie ma się co martwić, bo ta lampka zapaliła się jeszcze przed wjechaniem na górę! Na chwilę zatrzymałyśmy i sarkastycznie pośmiałyśmy i ruszyłyśmy dalej. O dziwo po chwilowym odpoczynku lampka zgasła, a mojej siostrze a.k.a ‚Kubuś Fatalista’ zeszło powietrze …ale jak się pewnie domyślacie, tylko na chwilę 🙂

Ruszyłyśmy dalej, w stronę jaskini Del Drach. Tu też miałyśmy dużo szczęścia, bo dojechałyśmy na pół godziny przed ostatnią godziną zwiedzania 🙂 Ale udało się i Cuevas Del Drach były kolejnym miejscem, które zatykało dech w piersiach. Ponadto Hiszpanie może nie zawsze są najlepiej zorganizowani, to wyczucie smaku mają niesamowite. Otóż w trakcie zwiedzania jaskiń, punktem kulminacyjnym jest mini koncert muzyki poważnej. Niestety nie można go rejestrować, ale na wszystkich wrażliwców na pewno zadziała gęsią skórką. Na mnie bynajmniej zadziałał. Siedzisz sobie jakby w amfiteatrze, wokół podświetlone skały nietuzinkowych kształtów i kolorów, na wprost woda, a na niej gondole jak w Wenecji na której wyborni muzycy grają Vivaldiego. Ahhh… znowu mam ciary! Po koncercie kto chce, może również przepłynąć kawałek na takiej gondoli.

 

Po jaskini ruszyłyśmy jeszcze bardziej w stronę południa, do dziewiczej plaży Calo Des Moro. Już wzdychałam na jej temat na IG i FB, ale zdecydowanie jest to jedno z najbardziej magicznych miejsc, w jakich kiedykolwiek byłam. Ciężko na nią trafić, bo tak jak pisałam w poście na IG – po drodze jest mnóstwo zakazów, ale tamtejsi lokalesi nam bardzo pomogli dotrzeć na miejsce 🙂

 

Tego dnia to był już koniec naszego zwiedzania wyspy. Kilka dni później wybrałyśmy się jeszcze do stolicy – Palmy. Tam zaczęłyśmy od katedry La Seu, która nawet ateistów przyciąga swoją architekturą. Zresztą nic dziwnego, skoro przy jej przebudowie miał swój udział również Antonio Gaudi.

Niesamowite w swojej architekturze jest również stare miasto przynależące do katedry. Mnóstwo tam klimatycznych knajpek, sklepików, przepięknych ogrodów czy muzyki. Jeśli ktoś z Was był w Barcelonie, to Palma swoim klimatem na maxa przypomina właśnie Barcelonę.

I na koniec zostawiłyśmy sobie Palma Aquarium. Byłam już w kilku w różnych miejscach, ale szczerze uważam, że to jest warte zobaczenia, nie tylko jeśli jesteście z dziećmi na wyjeździe. Jest bardzo nowoczesne, ma wszystkie Nema i inne jednorożcowe rybki 😉 Ponadto ma skrawek a la dżungli z dziwacznymi roślinkami, ptaszyskami i wodospadami …no i akwarium z rekinami – całe przeszklone, które serio zwala z nóg i hipnotyzuje, co widać po moim zdjęciu:

To już koniec.

Dajcie znać czy udało Wam się dotrwać do końca postu i jak Wam się podobała moja relacja. Chcecie takich więcej z moich podróży?

Sylwia

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *